Instytut to więcej niż impreza

Wskrzeszenie legendarnego cyklu imprez Instytutu (Energetyki) w październiku poprzedniego roku zwiastowało wielki powrót do korzeni stołecznego clubbingu. Ale z zupełnie, niemalże, nową publiką.

No i się udało, mimo kilku potknięć organizacyjnych, jednak było naprawdę świetnie. Tym więcej można było się spodziewać po kolejnych odsłonach tej imprezy. Z tą się nie spieszono, chcąc zapewne uniknąć kwietniowych chłodów i nastawiając się na cieplejsze noce maja. Jednak nawet najcieplejsza noc nie uratuje imprezy, kiedy ta wypadnie blado organizacyjnie, a artyści nie dają rady.

Ale nie w przypadku Instytutu. Tutaj poprzeczka jest zawieszona wysoko. A zestaw gwiazd, z Lenem Faki na czele, również zapowiadał nie lada przeżycie. Największą magią jest jednak nadal sam Instytut Energetyki, miejsce na co dzień niedostępne, wokół którego toczy się specyficzna aura magii. Betonowy klocek gdzieś na uboczu Warszawy, w którym na co dzień chadzają naukowcy w fartuchach raz na pół roku wypełnia się kilkoma tysiącami fanów muzyki techno.

Na miejsce dotarłem stosunkowo późno, chwilę po północy. Nie załapałem się ani na warm-up Gerharda Derksena, z którym niedawno przeprowadzałem wywiad:

Ani na wspólny występ polskich legend: Angelo Mike’a i Leona. Nic to, trzeba było się przygotować na mocne uderzenie do samego rana. Już Raiz zaczął kołysać w odpowiednim tempie. To, co rzucało się w oczy od samego wejścia – genialna choreografia świateł. Nie tylko tych zawieszonych w górze, ale i na specjalnym rusztowaniu za konsoletą. Bob Roijen, holenderski artysta wizualny zasłużył na specjalne podziękowania, choć niewielu wie kto stał za tym wizualnym show.

Na własny akapit zasługuje też praca akustyków. Wiecie, nagłośnić tak wielką przestrzeń to nie lada sztuka. Już za pierwszy razem było bardzo przyzwoicie, lecz to, co zrobili w trakcie ostatniej edycji niemal rzucało na kolana. Już od samego wejścia do wielkiej Hali Wysokich Napięć wszystkie dźwięki były idealnie zbalansowane, tak samo tuż pod sceną. Mocny bas, wyraziste dźwięki, słyszalne wszystkie warstwy każdego seta.

A i te były niczego sobie. Wspomniany wcześniej Raiz stanowił jedynie rozgrzewkę. Po nim kontrolę nad tłumem przejął Len Faki, główna gwiazda wieczoru, autor wielu dobrych produkcji i świetnych remiksów. Zaskakujące było jak różnorodny był to set, sięgając po wiele motywów i inspiracji, łącząc to wszystko w jeden, zmysłowy, rzekłbym, trans. Nie porył mojej bani może tak jak Jonas Kopp miesiąc temu, ale na pewno nie rozczarował.

Zabawa jednak zaczęła się dopiero na Cell Injection. Mocniej, szybciej, surowiej. Tak jak lubię. I na parkiecie zaczęło robić się więcej miejsca, bo nie każdy zmysł i poczucie elektronicznej estetyki był w stanie to znieść. Za plecami tańczących tysięcy osób zaczęły skradać się przez bramę wejściową pierwsze promienie słońca.

Wtedy poczułem, że trzeba złapać te pierwsze w tym roku, wiosenne promienie na twarz, chwilę odpocząć, wyjść na powietrze. I kiedy w głowie zaczęła już rodzić się myśl o powrocie do domu, z wielkiej hali zaczęła dudnić muzyka Subject9. Nogi pokonały głowę i kazały udać się kolejny raz pod scenę. I chłonąć tę energię, która biła od producenta i współtowarzyszy parkietu.

Czy Instytut powinien odbywać się częściej? Raz w miesiącu? Nie. Dlaczego tak uważam? Ponieważ wiem jak ciężkim logistycznie przedsięwzięciem jest organizacja imprezy w miejscu tak niespotykanym. W klubie bywamy co weekend, ponieważ tam jest już sprzęt, światła, nagłośnienie, obsługa, możliwość sprzedaży alkoholu… Poza tym, po co psuć sobie doświadczenie? Raz na kilka miesięcy to odpowiednia częstotliwość, by nam się nie znudziło, by było na co czekać, by mocniej docenić tak ogromne przedsięwzięcie. I to magiczne miejsce. Instytucie, czekamy na kolejną edycję!

Wideo:

Zdjęcia: